Rosja obrywa mocniej niż myślisz. Oto dane

Po 4 latach pełnoformatowej wojny Rosji z Ukrainą naprawdę widać, jak bardzo Moskwa podupadła. I co tu dużo mówić – cholernie poprawia to humor.
Skupiając się na codziennej medialnej bieżączce łatwo stracić z oczu szerszy obraz. Pogoń za nowością upośledza odczytywanie długofalowych procesów, a to one są fundamentami rzeczywistości. Dobrym przykładem tego zjawiska jest odbiór wojny Rosji z Ukrainą. Spojrzenie z perspektywą sięgającą kilku lat wstecz pokazuje, jak bardzo państwo Władimira Putina zdewastowało samo siebie.
Kiedyś to było
Rosja przed rokiem 2022 była postrzegana – zwłaszcza w Europie – jako straszliwa potęga, i to na wielu polach. To był militarny tytan, dysponujący hufcami hord oraz sprzętem, który „nie ma odpowiednika w świecie”, a fundamentem tej siły był rosyjski arsenał jądrowy. Moskwę widziano też jako bezlitosnego gracza geopolitycznego, ingerującego w wybory, rozstawiającego swoje pionki na odległych polach pokroju Syrii czy Wenezueli, a także zacieśniającego sojusz z Chinami. Rosja była także energetycznym kolosem – był to przecież największy dostawca gazu, ropy i węgla do Unii Europejskiej, budujący rurociągi, które miały zmieniać architekturę gospodarczą i polityczną na dekady, a także wpływający dostawami energii na politykę wielu państw świata. Tak było jeszcze kilka lat temu.
Teraz jednak wszystko wygląda inaczej.
Goliat, co pokonał się sam
Żeby dostrzec proces upadku rosyjskiego snu o potędze wystarczy spojrzeć na wizerunek rosyjskiego wojska, które dosłownie rozbiło się o prawie 30-krotnie mniejszy powierzchniowo, 9-krotnie słabszy gospodarczo i 4-krotnie mniej ludny kraj, jakim jest Ukraina. 24 lutego 2022 roku, kiedy siły zbrojne Rosji rzuciły się na mniejszego sąsiada, spodziewano się, że Kijów padnie w kilka dni, a Moskwa szybko zainstaluje tam marionetkowe władze. Tymczasem Ukraińcy bronią się dalej, a inwazja, która miała zająć kilkadziesiąt godzin, trwa już dłużej niż trwała I Wojna Światowa. I jest dla Rosji sytuacja dosłownie dewastująca.
Sporo pokazują same ubytki osobowe. Oficjalnie, strona rosyjska przyznaje, że do końca 2025 roku jej straty ludzkie sięgają ok. 225 tys. żołnierzy, z czego mniej więcej jedna jedna trzecia to ochotnicy. Ale szacunki niezależnych rosyjskich analityków mówią o 352 tysiącach. Strona ukraińska podaje jeszcze większe liczby – według Kijowa Rosja straciła na Ukrainie ponad milion trzysta tysięcy ludzi, ale dane te uwzględniają też rannych oraz zaginionych. Niemniej, nawet biorąc pod uwagę najniższe wskazania, i tak mówimy o utraconym potencjale, który jeszcze długo pozostanie nieodbudowany – zwłaszcza przy pogarszającej się rosyjskiej demografii. Tyle jeśli chodzi o straty ludzkie. A sprzęt? Rosjanie stracili jak dotąd m. in. 4,5 tysiąca czołgów, prawie 9 tysięcy bojowych wozów piechoty, 700 transporterów opancerzonych ponad 1000 pojazdów artylerii samobieżnej, jakieś 600 wyrzutni rakiet i 33 okręty – a to tylko część tego bilansu. W dodatku, zestawienie dotyczy tylko potwierdzonych wizualnie przypadków, więc rzeczywiste rozmiary ich katastrofy mogą być większe. Trzeba też dodać jedną rzecz: te straty to np. krążownik flagowy Floty Czarnomorskiej, jakichś 20 generałów i często wysokiej klasy sprzęt warty setki miliardów dolarów. Taki zasób jest ekstremalnie trudny do obudowy przy nałożonych na Rosjan sankcjach technologicznych i wojskowych. To wszystko zabrał im kraj niebędący członkiem ani Unii Europejskiej, ani NATO, który od 2014 roku był przez Moskwę osłabiany konfliktem, a który teraz potrafi uderzać precyzyjnie w rosyjskie cele znajdujące się w odległości nawet 2000 kilometrów.
Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi
Degrengolada rozlała się także na rosyjską grę geopolityczną. Agresja z 2022 r. doprowadziła bezpośrednio np. do powiększenia się NATO o Szwecję i Finlandię, a więc o kraje, które nie wstępowały do tej organizacji właśnie po to, by nie prowokować Moskwy. Tymczasem to Moskwa sprowokowała je od zmiany dotychczasowej polityki. I w taki sposób Bałtyk stał się jeziorem wewnętrznym Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Mało tego: Rosjanie doprowadzili do sytuacji, w której podzielona w kwestii polityki wschodniej Unia Europejska zaczęła ujednolicać swoje stanowisko w tej sprawie i wdrażać bezprecedensowe projekty (np. głębokiej militaryzacji), by odpowiedzieć na rosyjskie zagrożenie. Zwiększanie możliwości produkcyjnych amunicji, zakupy zbrojeniowe, program SAFE – to wszystko reakcja Unii Europejskiej na działania Rosji. I teraz: jeśli zestawimy rosyjskie straty na Ukrainie z potencjałem militarnym, jaki tworzą kraje Unii, to widać, że w przypadku agresji Kremla na państwa UE czy NATO Rosjanie zostaliby po prostu zdewastowani. Ale spójrzmy szerzej: w tak zwanym międzyczasie Rosja musiała mierzyć się ze zmianami w regionach, na które usiłowała wpływać. Musiała np. ewakuować się z Syrii, widziała operację amerykańską w Wenezueli, teraz patrzy na ataki USA i Izraela na Iran. Jednocześnie Moskwa została sprowadzona przez Chiny do roli podrzędnego partnera i zasobu surowców. Te wszystkie zmiany, będące głębokim regresem rosyjskiej pozycji, zaszły w zaledwie 4 lata.
Energetyczny utracjusz
Powyższe aspekty i tak wyglądają blado przy kwestii energetyki. Swoim atakiem na Ukrainę Rosjanie pogrzebali projekty, nad którymi w pocie czoła pracowali od lat. Gdyby nie agresja Moskwy, to rosyjska gospodarka przez dekady rosłaby na miliardach euro z handlu energetycznego z krajami Europy, które potrafiły politycznie bronić takich przedsięwzięć jak Nord Stream czy Nord Stream 2. Ale to już przeszłość.
Dziś Rosjanie zostali prawie całkowicie wyparci z europejskiego rynku energetycznego. Dla przykładu: rosyjskie spółki nie sprzedają już prawie gazu gazociągowego do Unii, bo kluczowe połączenia po prostu nie działają. Gazociągi Nord Stream i Nord Stream 2 są w 75% uszkodzone po sabotażu z 2022 roku. Jamał nie tłoczy gazu, a kontrolę nad nim przejęli Polacy. Szlak ukraiński stoi pusty po wygaśnięciu umowy tranzytowej z Kijowem. Działa tylko Turk Stream, a tymczasem w przyszłym roku UE chce wprowadzić całkowity zakaz importu gazu z Rosji (tak gazociągowego, jak i LNG). Tego rodzaju unijne regulacje już działają w kwestii rosyjskiego węgla (i to od 4 lat) oraz w zakresie ropy naftowej oraz paliw. (z pewnymi wyjątkami dla Węgier i Słowacji).
Liczbowo układa się to tak: w 2021 roku Rosjanie odpowiadali za 45% unijnego importu gazu (a w 2025 r.: tylko za 13%), 5 lat temu odpowiadali za 27% importu ropy (a w ubiegłym roku: tylko za 3%), przed agresją dostarczali 50% importu węgla (obecnie ich udział to 0%). Po wprowadzeniu wspomnianych wcześniej restrykcji, kraj, który był głównym dostawcą energii do Unii Europejskiej, praktycznie przestanie ją dostarczać w ogóle. Ale to nie wszystko. Ze względu na ukraińskie ataki na rafinerie, Rosjanie mają chroniczny kryzys paliwowy we własnej gospodarce. Kreml musi wprowadzać zakazy eksportu benzyny, w takich miejscach jak Krym wprowadzane są zakazy czy ograniczenia sprzedaży, a kierowcy w całej Rosji muszą liczyć się z tym, że na stacji paliwa po prostu może nie być. Co więcej, w kwestii eksportu energii Moskwa wisi na politycznej łasce Indii czy Chin, które kupują od niej surowce, ale jednocześnie narzucają cenę wykorzystując słabość kontrahenta. W 48 miesięcy Rosja utraciła najpotężniejszą broń gospodarczą, jaką dysponowała – i może jej już nigdy nie odzyskać, bo znaczenie jej surowców maleje.
I tak to wygląda – a przecież można jeszcze opowiedzieć o innych stratach gospodarczych, kulturowych społecznych, które zostaną z Rosjanami przez lata jeśli nie dekady.
W 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, by wrócić do pierwszej ligi geopolitycznych supermocarstw, a tymczasem spadła do okręgówki. To nie znaczy, że zaraz upadnie czy zbankrutuje, ale jest niepomiernie słabszym krajem niż była jeszcze 4 lata temu – i to pod praktycznie każdym względem.
Co ważne: na Zachodzie zaszła zmiana psychologiczna: społeczeństwa krajów Europy przestały drżeć na myśl konfrontacji z Rosją, a zaczęły się oswajać z jej możliwością. A to jest ważniejsze niż może się wydawać.