Marchewka owocem, czyli jak nie rozumiemy Unii

Dlaczego Polska tak często przegrywa negocjacje na poziomie unijnym? M.in. dlatego, że dlatego, że polskie społeczeństwo zupełnie nie rozumie, o co w tych zmaganiach chodzi. Świadczy o tym np. historia z marchewką uznaną za owoc.
Marchewkową historię przypomniał z okazji tegorocznego Dnia Europy portal wPolsce24 – oczywiście kreśląc to w formie dowodu na biurokratyczno-regulacyjne szaleństwo brukselskiej władzy i zapowiedź rychłego końca unijnego molocha.
Warto jednak spojrzeć na to, o czym portal wPolsce24 nie mówi.
Spór o marchewkę
Cała sprawa z marchewką ma ponad 20 lat. Na początku XXI wieku w Unii Europejskiej trwały negocjacje dotyczące Dyrektywy Rady 2001/113/WE odnoszącej się do dżemów owocowych, galaretek i marmolady oraz słodzonego przecieru z kasztanów przeznaczonych do spożycia przez ludzi. Jest to akt prawny typowy dla unijnego porządku legislacyjnego: ustala, co może być na wspólnym, unijnym rynku nazywane np. dżemem.
To jest nic innego, jak narzędzie ochrony konsumentów, bo uniemożliwia sytuacje, w których sprzedawcy wciskają klientom produkt dżemopodobny z etykietką „DŻEM 100%”. W załączniku III tej dyrektywy znaleźć można takie właśnie definicje, mówiące co może, a co nie może być uznane za dany produkt.
Natomiast z perspektywy producentów ta dyrektywa to przepustka do rynku obejmującego prawie pół miliarda osób – zgoda na wprowadzenie swoich produktów tą drogą jest zatem takim biznesowym „być albo nie być”. To również możliwość korzystania z innych mechanizmów unijnych, dotyczących np. Wsparcia dla producentów określonych produktów.
I tutaj na scenę wchodzą Portugalczycy, którzy w swojej narodowej kuchni mają coś takiego jak doce de cenoura – czyli dżem z marchewki. Portugalia dołożyła ogromnych starań lobbingowych, by na gruncie dyrektywy 2001/113/WE ten dżem mógł być uznany za dżem, czyli żeby uzyskał dostęp do unijnego rynku i innych przywilejów. Udało im się to i we wspomnianym załączniku III mamy fragment mówiący, że do celów niniejszej dyrektywy za owoce uważa się m. in. marchew, co otworzyło dżemowi doce de cenoura drzwi do jednolitego rynku UE.
A to feler
Podsumowując: ta historia to żadne szaleństwo, a jedynie efekt skutecznego lobbingu państwa członkowskiego. Unia nie zmieniła treści podręczników do biologii czy agronomii, tylko stworzyła ramy prawne dla ochrony konsumentów. Natomiast Portugalia potrafiła przeredagować te ramy z korzyścią dla siebie.
Aha, a jeśli ktoś twierdzi, że takie regulacje dot. produktów spożywczych nie są nam potrzebne, to może spróbować przeżyć miesiąc na diecie opartej wyłącznie o jedzenie z USA, gdzie podejście jest inne (przed skorzystaniem niech skonsultuje się jednak z gastrologiem i hepatologiem).