Gazowy koszmar Europy. Ten czynnik może zdemolować gospodarkę UE

Spełnia się powoli czarny scenariusz dla unijnej gospodarki: cena gazu gwałtownie rośnie i zaczyna rzutować na cenę prądu, a w zestawieniu z kryzysem paliwowym daje mieszankę zabójczą i dla przemysłu, i dla energetyki, i dla portfela przeciętnego Europejczyka.
Cena gazu na europejskiej giełdzie TTF przekroczyła właśnie 80 euro za megawatogodzinę. Wiele wskazuje na to, że do końca roku może sięgnąć 100 euro za MWh, a najnowsze doniesienia z Bliskiego Wschodu sugerują, że wzrost może być jeszcze większy. Dla europejskiej gospodarki to bardzo zła wiadomość. Gaz jest bowiem nie tylko paliwem wykorzystywanym przez przemysł i energetykę. Jego cena wpływa również na koszt produkcji energii elektrycznej, nawozów, chemikaliów i metali, a w konsekwencji na konkurencyjność całej europejskiej gospodarki. Skąd bierze się obecny wzrost cen?
Wojna energetyczna
Pierwszym problemem pozostaje Cieśnina Ormuz. Jej żeglowność jest wciąż ograniczona, a napięcie w regionie gwałtownie wzrosło wraz z eskalacją wymiany uderzeń między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Znaczenie tego regionu wykracza jednak daleko poza samą możliwość transportu surowców przez cieśninę. W Zatoce Perskiej uwięziona jest część światowej floty metanowców, czyli statków transportujących LNG. Mniejsza liczba dostępnych statków oznacza wyższe koszty transportu, a te ostatecznie znajdują odzwierciedlenie w cenach gazu.
Innym problemem związanym z Zatoką Perską są zniszczenia infrastruktury gazowej spowodowane wojną. Kluczowe znaczenie ma tutaj katarski hub Ras Laffan, największy na świecie kompleks służący do produkcji LNG. Katar informuje, że przywrócenie pełnych zdolności instalacji może potrwać nawet lata. Katarskie dostawy objęte są klauzulą siły wyższej, co w praktyce oznacza, że zakontraktowany gazu nie trafia do odbiorców. To szczególnie istotne dla Europy: Katar odpowiadał za około 20% unijnych długoterminowych kontraktów na dostawy LNG. Wśród odbiorców katarskiego gazu, którzy nie otrzymują surowca, znajduje się również Polska. Europa traci więc nie tylko możliwość sprowadzania części gazu najkrótszą dostępną drogą, ale również część swojej zakontraktowanej podaży LNG.
Na tym problemy Bliskiego Wschodu się nie kończą. Bojownicy Huti działający w Jemenie zajęli jedną z wysp archipelagu Hanisz, co może zwiększyć ich możliwości oddziaływania na cieśninę Bab el-Mandab. To kolejny strategiczny punkt światowego handlu. Cieśnina łączy Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim i stanowi jedną z najważniejszych arterii transportowych między Azją a Europą. Przepływa przez nią około 10% światowego handlu LNG. W efekcie jednocześnie pod presją znajdują się dwa kluczowe szlaki transportowe, od których zależy bezpieczeństwo dostaw energii do Europy.
Całość robi się jeszcze bardziej niepokojąca, gdy spojrzy się na poziom unijnych magazynów gazu. Są one obecnie wypełnione w około 67%, co oznacza, że rynek ma niewielki margines błędu. Wystarczy poważniejszy atak zimy w Niemczech czy Hiszpanii, silny sztorm ograniczający transport LNG przez Atlantyk albo dłuższy okres niskiej produkcji energii z wiatru, aby presja na rynek gazu jeszcze wzrosła. Już teraz ceny gazu są na poziomach z początku 2023 r., czyli okresu następującego po pierwszej zimie od pełnoskalowej rosyjskiej agresji na Ukrainę. A to przywołuje ponure wspomnienia problemów energetycznych, które rozlały się po całej unijnej gospodarce.
Podatek gazowy
Drogi gaz oznacza bowiem wprowadzenie swoistego „podatku” na dużą część europejskiego przemysłu. Unijna gospodarka wciąż nie odzyskała pełnej dynamiki po kryzysach z lat 2020-2022. Tymczasem w 2026 r. ponownie otrzymuje potężny cios związany z cenami paliw kopalnych. Najbardziej narażone są sektory, w których gaz stanowi istotny element kosztów produkcji: przede wszystkim przemysł chemiczny, nawozowy i metalurgiczny. Ich konkurencyjność wobec producentów spoza Europy będzie się pogarszać. Skala problemu staje się szczególnie widoczna przy porównaniu z USA, gdzie gaz jest obecnie około ośmiokrotnie tańszy. Europejski przemysł konkuruje więc z przedsiębiorstwami, które mają dostęp do wielokrotnie tańszego podstawowego surowca energetycznego.
Gaz uderza w gospodarkę również innym kanałem, tj. przez ceny energii elektrycznej. Europa może ponownie znaleźć się w sytuacji znanej z 2022 r. Wówczas rekordowe ceny gazu sprawiły, że produkcja energii elektrycznej z gazu stała się tak droga, iż w wielu przypadkach bardziej opłacało się zwiększać produkcję z węgla. Dla pojedynczych spółek energetycznych może to być korzystne. Dla europejskiej gospodarki – wręcz przeciwnie. Droga energia elektryczna oznacza wyższe koszty funkcjonowania praktycznie każdego przedsiębiorstwa. Warto przypomnieć, że w 2022 r. państwa Unii Europejskiej musiały przeznaczyć około biliona euro na działania osłonowe związane z kryzysem energetycznym.
Wspomniany „podatek” wynikający z wysokich cen gazu łatwo może zmienić się w podatek od posiadania pieniędzy, czyli rosnącą inflację, zwłaszcza, że równolegle na rynkach widać skok cen paliw płynnych, między innymi ze względu na problemy z dostępnością mocy rafineryjnych. Europejski Bank Centralny już ostrzega przed takim scenariuszem – i podnosi stopy procentowe.
Europejski rachunek za cudze błędy
Rozpoczęta w lutym wojna w Zatoce Perskiej zniszczyła kruchą równowagę, która wcześniej panowała na światowych rynkach energii i surowców. Na początku tego roku gaz na TTF kosztował około 28 euro za MWh, a benzyna Pb95 w Polsce około 5,60 zł za litr. Dziś gaz jest niemal trzykrotnie droższy, a litr benzyny kosztuje około 2,50 zł więcej. To pokazuje podstawowy problem europejskiego modelu energetycznego: Europa może prowadzić własną politykę gospodarczą i energetyczną, ale pozostaje zależna od wydarzeń w miejscach, nad którymi nie ma żadnej kontroli.
Wystarczy wojna na Bliskim Wschodzie, blokada strategicznego szlaku transportowego albo zniszczenie kilku kluczowych instalacji, by rachunek za energię w Europie gwałtownie wzrósł. Jeżeli Europejczycy chcą rzeczywiście ograniczyć podatność swej gospodarki na kolejne kryzysy, muszą ograniczać samą zależność od surowców, których nie posiadają i których dostawy zależą od sytuacji geopolitycznej. Inaczej będą wciąż płacić za wojny toczące się tysiące kilometrów od ich granic.